Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I spotkał starego Gąsiorka, jak koło płotu swojego chodził i żerdki nowe zakładał. Był i on na weselu, krótko, bo rad był, że tam Małgorzata została i że sobie bez niej w domu wypocznie.
Jasiek się nawet nie odezwał, mija go, ale stary Gąsiorek mu rękę na ramieniu położył.
— Nie pozdrówkos mię to nawet, starego? Ani Pana Jezusa nie pokwalis? Kaz idzies?
— Do światu!
— Do światu? Skrony tego wesela? A nie padołek ci: waruj się, bo cię zji. Ono cię wej i zjadło.
— Ostańcie z Pane Boge.
— Boze cię prowodz. Hej wis, ono cię wej to dziwcencisko i zjadło. Ale Macicek se ta ś niom rady do. Przypatrzył jo mu się dobrze. Fajny hłapik. Na takom to trza rzemienia od portek, a nie strun i smycka. Tyś mięki.
— Ostańcie z Pane Boge.
— Z Panem Bogem. Nie bydź markotny. Moze Cię i Pon Jezus ustrzóg, bo tybyś haw przy niéj zginon.
Jasiek już szedł gościńcem, a stary Gąsiorek mruczał: Strasecnie cłek moze zgłupiéć bez kobiétę. I to się wej przecie fajne hłopcysko widziało, do rzecy i sprzętne do wsyćkiego, i ku trocu, i ku koniom i ku młynu, a grać to juz wiedzioł doimentnie. I tak go wej ono wyonacyło... Miłość... Hm...