Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niek bedzie pokwolony — mówi Jasiek i uchyla kapelusza.
— Na wieki wieków. Amen — odpowiada Maryna.
— Jest monka?
— Jest.
Sama mu ją odmierzyła, wydała, a co raz, to go niby nieumyślnie łokciem zawadzi, spódnicą muśnie. Niebardzo śmiał na nią spojrzeć, ale kiedy pojrzy — — jej oczy na nim, a tak jarzące, jako świéce przy ołtarzu. Ciarki po nim przeszły.
— Hej! Nie twoja tu robota! — myśli sobie.
Aż kiedy się już zabierać miał, powiada mu Maryna:
— Jasiek, wis, parobkak od koni wyścigała. Cybyś się nie zgodził do nas?
— Jo?
— Ty.
— Ku wom?
— No.
Patrzy na nią: stoi przed nim, jak zorza.
— Fcielibyście mię? Na prowdę?
— Ze ba hej! Cozbyk ci miała figle pléść!
Jaśkowi się aż jasno i ciemno naraz zrobiło w oczach.
— Zgodzem się.
— Podzieńkuj Gąsiorkowi. Sprowadź się do nas.