Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Marysia? Daleka?... Kieby mię była fciała... Ale przecie ona nikogo nie fce — nigda...
I to ogromne słowo przygasiło w Jaśku wewnętrzną, pozorną już tylko zresztą, rozterkę.
Tego dnia, wieczorem, w lipcu to było i pogoda iskrząca, długo Jasiek grał na piszczałce wierzbowej, bo on na wszystkiem grać umiał, siedząc na pniaku do rąbania drzewa na dziedzińcu, a stary Gąsiorek, leżąc na pościeli, mruczał do siebie: Piskoj, piskoj — — bedzies ty jesce lepi piskowoł, nie bój się... Dzieńkować Bogu, Małgorzata śpi... Fała tyz Bogu Nowyzsemu... Piskoj, piskoj — — juz ci dusa dziurami wirbowemi wyłazi — — patrzeć, ino ci bedzie po całym ciele hipkać, jak ptok po gałęziak... Ej, Boze doj, coby się Małgorzata by nie obudziła do rania... Kieby się mi tak dwaścia roków wróciło...
Ale Jasiek Mosiężny tej nocy mało co spał. Aż przed świtaniem usnął twardo i śniło mu się, że idzie procesya, a w tej procesyi Marysia Chochołowska — i odwraca ku niemu twarz — on z boku stał — i powiada mu: Ej Jasiu! Taki juz mój przeklenty los!...
I znikła, a jego tak coś cisnęło, jakby w przepaść leciał.
Nazajutrz idzie rano do młyna po mąkę, a czem bliżej, tem mu się goręcej robi.
Stoi Maryna we drzwiach.