Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


To to wolała ścierpieć i odrzec się, za czem dziéwkom dusza do gardła lezie, aż im dech zapiera, niż tej natury swojej popuścić. Takie to było.
I dopieroż musiało się stać, że się ten Jasiek Mosiężny Muzyka z nią spotkał...
A to tak. Nie mógł on się odżalić Chochołowskiej Marysi, w której się kochał, choć już lat parę zbiegło, może ze trzy. Nie szedł więcej w Kościeliska, nawet się mało co po Zimnem, albo Skalnem, jak to je nazywają, Podhalu włóczył, ba się więcej doliną wsi trzymał. I już nawet mniej grywał, tylko się więcej robotą trudnił, ciesielką i przy traczu, ale kiedy grał, to jeszcze sto razy piękniej, niż przedtem. Dość powiedzieć, kiedy go cygani węgierscy do bandy chcieli, co nawet w samym Budzynie i w Peszcie grywali. Nie chciał.
Dowiedział on się, że u Gąsiorka w Rogoźniku robota przy drzewie jest: zgodził się.
Tu dziewki, baby rade, bo już o nim słuchowały, (jak to o tym Janicku, co taki słynny z urody był, a tak smutno dla nieczułej dziewczyny skończył), że to muzyka, jakiego niema drugiego we świecie. Ale tak powiadali, że on przez te trzy lata nijakiej sprawy z żadną kobietą nie miał. To i tam, w Rogoźniku, tak na te Rogoźnicanki patrzał, jak na gawrony na smreku. Tyle go obchodziły.