Strona:PL Karol Miarka - Kantyczki 02.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rze * Rozsiał tyle śliczno ty, * Wysoko swój tron złoty * Z Aniołami zasiada... * A duszaby tam rada... * Gdyby się z Nim, jak listek * Z drzewem, złączyć... to wszystek * Ból, tęsknota i trwoga * I ta żałość tak mnoga * W Jego wsiąkłyby łono... * Zielono i zielono * Byłoby znów na świecie, * A piersi nic nie gniecie. * Przypomniałam znów sobie, * Że On w ludzkiej osobie, * Ma się zjawić na ziemi; * Łzami jak groch dużemi * Zalała się źrenica, * I gdy tych łez krynica * Na murawę spłynęła, * Dusza sobie lżej tchnęła. * Pomyślałam: jak czule * Do niego się przytulę, * To się wszystko zagoi. * Nawet w myśli mi stoi * Jedna piosnka, com sobie * Ułożyła w tej dobie, * Stoi w myśli i dzwoni * W uchu niby po błoniu.

(Ociera łzy).

MARYA.
Powtórz nam ją, kochanie!
ŻEBRACZKA (spuściwszy głowę, nieśmiałym

głosem):

Ej!...

MARYA.

Ach! moje żądanie * Nie jest w porę pogodną, * Tobie chłodno i głodno...

ŻEBRACZKA.

Gdy przed Tobą, Maryo! * Znów me oczy łzy piją, * Serce tak się raduje, * Że już nawet nie czuję * Nędzy, chłodu ni głodu; * Ale to mi przeszkodą * Jest, że ludzi tu widzę * I okrutnie się wstydzę.