Strona:PL Karol Miarka - Kantyczki 02.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


MARYA.

I nie tylko na nogę, * Jest kaleką zapewnie, * W prawej ręce jak w drewnie * Władzy nie znać i życia.

JÓZEF św.

Niezawodnie z wybicia.

MARYA.

Rysy twarzy szlachetne.

JÓZEF św.

Może dobre i świetne * Były przeszłe jej lata.

MARYA.

Potwierdza to i szata... * Resztą złota się świeci, * Choć czarna jak ze śmieci * I podarta w okruchy.

JÓZEF św.

Ani nawet chleb suchy * Z torby jej nie wyziera; * Samo płótno przywiera * Mokrzusieńkie do boku.

MARYA.

Pełno błyszczy łez w oku; * Ach! pomówić z nią muszę... * Ale pierwej się ruszę * Do mojego Jezusa, * Bo śnieg, widzę, poprusza * W żłób na Niego szparami. * Napróżno je zwitkami * Utykałam ze siana; * Od wichru aż drży ściana, * Siano wypchnął też może... * O mój Boże! mój Boże!
Poszła spiesznie do żłobu i robiąc nowe zwitki z siana, rzekła do Jezusa:
Wciąż się wicher sprzeciwia, * Szumi, wyje, wydziwia, * Pospać dłużej ci nie da, * Niedość jeszcze ta bieda! * On z szpar siano wypycha. * O dziecinoż ty cicha! * Cierpliwości twej gdzie dno? * A toż słowo twe jedno * Zapędziłoby w lochy * Podziemne, ten wiatr płochy.