Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nia. Przesunął wzrok z ręki, trzymającej monetę, na twarz — umilkł, skoczył i zawołał radośnie:
O Sallam, Sallam, Sallam, jeszcze raz Sallam i po trzykroć Sallam! To ty, o rozkoszy moich oczu, blasku mojej duszy, zachwycie mego oblicza! Allah sprowadził cię na czas — jesteś nam potrzebny. Pozwól się uścisnąć i zachowaj swe pieniądze, zachowaj! Niech mi raczej ręka uschnie, niżbym miał od ciebie wziąć bakszysz, przynajmniej dzisiaj... Ale jutro — — możesz mi dać podwójny!
Objął mnie, ucałował, poczem wbiegł do sąsiedniego pokoju, skąd natychmiast rozległy się jego: — o Sallam, Sallam, Sallam! — Niech czytelnik nie myśli, że byłem niechętny tym objęciom i pocałunkom muzułmańskiego podoficera, o nie, bynajmniej! Sallam radował się szczerze. Wprawdzie twarzy jego nie tknęła woda od wielu tygodni, siwa broda ociekała baranim tłuszczem, który, kapiąc z ust, pozostawał na brodzie tak długo, dopóki sam nie odpadał, usta zaś przepojone były zapachem fajki, nigdy nie czyszczonej, wytarłem jednak wargi prawym rękawem, a następnie rzetelnie przetarłem lewym, ciesząc się przytem serdecznie, że zastałem mego starego Sallama przy zdrowiu. Żaden człowiek nie powinien się wywyższać ponad swoich bliźnich. Być może, istnieją osoby, które po moim pocałunku tak samo wycierałyby usta, — szczególnie, jeśli przedtem całowałem starego Sallama.
Z niecierpliwością oczekiwałem Krüger-beja. Byłem przekonany, że powita mnie swoistem niemieckiem zdaniem. Drzwi rozwarły się z hukiem. Ukazał się Sal-