Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lam, który chwycił mnie za ramię i popchnął do pokoju, wołając:
— Oto jest, zesłany przez Allaha! O Sallam, Sallam!
Następnie zamknął drzwi. Znajdowałem się w selamliku Pana Zastępów, który stał przede mną, nieco postarzały, bardziej przygarbiony niż dawniej, ale z oczami błyszczącemi i twarzą roześmianą. Wyciągnął oba ramiona i powitał mnie w swojej osobliwej mowie niemieckiej:
— Pana tu? Pana w Tunisie? Błagam pana do chcenia brania powitania za najserdeczny pozdrowiony, do skierowania szlachetnej przyjemności tego uczucia podczas bycia oszołomiony w pięknych chwil względem teraźniejszości z powodu tysiąc ukłonów na sto uczuć, byłem być i chcieć zostać panu przyjaciel, a pan mnie brat jako z Niemczech i okrom tego zawsze Afryka!
Słowa te należy odczytać błyskawicznie, bo tak je wypowiedział Krüger-bej. Objął mnie i ucałował równie serdecznie, nawet serdeczniej, niż stary Sallam, posadził na kobiercu, z którego był powstał, i szybko mówił dalej. Niestety, muszę czytelnikowi przekazać jego słowa w minimalnej choć korekcie, inaczej bowiem nie zdołałby nic z nich ułowić.
— Niech pan siebie posadzi wdół. Niech pan siebie posadzi. Mego starego Sallama przyniosą fajki i kawę ze śpieszącą niezwykłością, aby panu dowodzić zachwyconego stanu, że pana tu nagle dzisiaj przyniosło. Kiedy pan siebie przywiózł?