Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   433   —

— Oto są! Oddaję je, lecz nie na zawsze! Ja przed Tanguą się poskarżę!
— Uczyń to! — rzekł Pida z wyraźną pogardą.
Przyniesiono mu obie strzelby, poczem ja musiałem podać ręce, żeby mi je związano. Podczas tego przyszedł Santer i powiedział:
— Zatrzymajcie sobie do dyabła strzelby, lecz wszystko inne, co ma przy sobie, niech będzie mojem. Szczególnie to, co tu...
To mówiąc, zamierzył się ręką do mej kieszeni w której schowałem testament Winnetou.
— Precz! — huknąłem nań.
Odskoczył przestraszony okrzykiem, lecz opanował się rychło i zaśmiał się szyderczo:
— Do sto piorunów, ten drab jest strasznie zuchwały! Jest pojmany, wie, że goni ostatkami, a wpada na mnie jeszcze jak brytan! To ci nic nie pomoże. Chcę wiedzieć, co wykopałeś i co czytałeś przedtem.
— Spróbuj mi to zabrać!
— Pewnie, że to uczynię! Przyznaję, że niewątpliwie martwi to ciebie, iż ten skarb dostanę w swoje ręce, ale będziesz musiał się na to zgodzić.
Przystąpił znowu bliżej i sięgnął ku mnie obiema rękami. Moje ręce nie były jeszcze całkiem związane, tylko na jednej zawęźlono mi rzemień. Wobec tego szybkim ruchem pochwyciłem lewą ręką Santera za pierś, a prawą uderzyłem go w głowę tak mocno, że jak kloc runął na ziemię.
— Uff, uff, uff! — zawołali dokoła czerwoni.
— Teraz zwiążcie mnie znowu — rzekłem, podając im obie ręce.
— Imię Old Shatterhanda stwierdzają jego czyny — pochwalił mnie młody wódz. — Co to za rzecz, której się Santer od ciebie domaga?
— Papier zapisany — odpowiedziałem, nie mogąc przyznać się otwarcie, co to właściwie było.
— On mówił o jakimś skarbie!
— Pshaw! Przecież on nie wie jeszcze, co jest na