Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   432   —

— To nieprawda! Wódz Keiowehów, Tangua, nigdy nie użył do ciebie słowa: „przyjaciel“. Jesteś tylko bladą twarzą, którą znosimy u siebie.
Byłbym chętnie skorzystał z tej krótkiej chwili, by się przebić przez krąg wojowników i uciec. Byłoby mi się to może nawet udało, ale wtedy byłbym musiał strzelby zostawić, a tego nie chciałem zrobić. Pida przyszedł do mnie i rzekł:
— Old Shatterhand chce być moim jeńcem. Czy odda dobrowolnie wszystko, co ma przy sobie?
— Tak — odpowiedziałem.
— I pozwoli się związać?
— Tak.
— Więc oddaj mi swoją broń!
Ucieszyło mnie to w duchu, że mię w ten sposób pytał, gdyż to było oznaką, że mnie szanuje. Wręczyłem mu nóż i rewolwery. Gdy Santer wziął rusznicę i sztuciec, spytał go Pida:
— Czemu bierzesz te strzelby? Połóż je napowrót!
— Ani mi się śni! One są moje!
— One do mnie należą!
— Nie, do mnie!
— Ponieważ Old Shatterhand mnie się poddał, przeto jego broń stała się moją własnością.
— Komu zawdzięczasz, że go pojmałeś? Tylko mnie! On był już w mojej mocy, a zatem jego osoba i wszystko, co posiada, należy do mnie! Nie dostaniesz więc ani jego, ani słynnego sztućca Henryego.
Na to podniósł Pida groźnie rękę i rozkazał:
— Połóż je w tej chwili!
— Nie!
— Odbierzcie mu je! — zawołał Pida do swoich ludzi.
— Chcecie porwać się na mnie? — spytał Santer, przybierając postawę, jakby się gotował do obrony.
— Odbierzcie mu je! — powtórzył Pida.
Santer, widząc, ile rąk wyciągnęło się do niego, rzucił broń na ziemię i oświadczył: