Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   428   —

kło. Jeśli mnie oszukacie, to pożałujecie tego później. Co do złota, to nadarmo jechaliście tutaj, gdyż w tych stronach złota niema.
Teraz dopiero podniosłem testament Winnetou z ziemi, a włożywszy go w obydwie skórzane koperty, schowałem do kieszeni.
— Zdaje się, że mr. Santer wie to lepiej od was. — odpowiedział Gates.
— On wie mniej niż nic.
— A wy wiecie, gdzie leży złoto?
— Może.
— To powiedzcie nam!
— Tego mi nie wolno.
— Zatem słusznie obawialiśmy się, że wy nam tylko szkodzić będziecie, zamiast pomagać.
— Złoto nie jest wasze.
— Ale stanie się naszem, gdyż mr. Santer pokaże nam je i podzieli się z nami.
— On, mój jeniec obecnie?
— Cóż wy mu potraficie zrobić? On odzyska wolność napowrót.
— To będzie trudno! On raczej zapłaci życiem za swoje postępki.
Na to odezwał się Santer szyderczym śmiechem. Odwróciłem się więc do niego i oświadczyłem:
— Potem nie zechce wam się tak śmiać, jak teraz. Jak sądzicie, co ja z wami zrobię?
— Nic — odparł z grymasem śmiechu.
— Któż zabroni mi wpakować wam kulę w łeb?
— Wy sami. Każdy wie, że Old Shatterhand boi się zabić człowieka.
— To słuszne, że nie jestem mordercą. Zasłużyliście na śmierć wielokrotnie. Jeszcze przed kilku tygodniami byłbym was bezwarunkowo zastrzelił, gdybym was był tylko spotkał. Ale Winnetou już nie żyje, a umarł jako chrześcijanin. Ja wraz z jego ciałem pochowałem zemstę.