Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   427   —

— O złocie — odpowiedział z przymusem, jak mi się wydało.
— Jakto o złocie?
— Gdzie leży. Wyjawiłem przed nimi swoje przypuszczenia co do tego i myślałem, że wypaplali.
— Czy to prawda? — spytałem Gatesa.
— Tak — brzmiała jego odpowiedź.
— Czy istotnie Santer nic innego nie ma na myśli?
— Nie.
— Nie ukrywajcie nic przedemną! Zwracam waszą uwagę, że kłamstwem lub podstępem nie wyrządzicie szkody mnie, lecz sobie.
Zawahał się na chwilę, a potem rzekł głosem, w którym przebijała się szczerość:
— Wierzcie mi, sir, że to nie kłamstwo. On rzeczywiście miał tylko złoto na myśli.
— Ja jednak nie wierzę. Wasza otwartość jest obłudna, a w jego twarzy czai się podstęp. Ale w ten sposób nic nie osiągniecie. Wzywam was, mr. Gates po raz wtóry: powiedzcie prawdę! Czy Santer wspomniał co o Keiowehach, kiedy spotkał się z wami na dolinie?
— Tak.
— Czy był sam?
— Tak.
— Czy istotnie spotkał czerwonych?
— Tak.
— I nie był nad Saltfrokiem?
— Nie był.
— Jak wielki to był oddział?
— Sześćdziesięciu wojowników.
— Kto nimi dowodził?
— Pida, syn wodza Tanguy.
— Gdzie oni są teraz?
— Poszli do swojej wsi.
— A może wy kłamiecie?
— Mówię prawdę, sir!
— Pamiętajcie, mr. Gates, o tem, że wola człowieka, to jego królestwo niebieskie, lecz często także jego pie-