Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   426   —

— Dziękuję wogóle za wszelkie żarty! Dziwię się, że mogłem uważać was za sidlarza!
— Mnie wasza pomyłka nie dziwi, gdyż widzę, że wam jeszcze wiele brakuje do tego, żebyście się stali dobrymi traperami. Jakże wam się powiodło na polowaniu? Czy zastrzeliliście co?
— Nic.
— To przypatrzcie się tym dwom kurkom, które ja przyniosłem. Jeśli zachowacie się dobrze, będziecie je mogli upiec i zjeść razem ze mną. Zobaczycie prawdopodobnie wkrótce, że Santer tylko wydawał wam się uczciwym człowiekiem. Ja twierdzę, że nad niego niema większego łotra pod słońcem. Poznacie go zaraz pod tym względem, bo przychodzi do siebie.
Santer oprzytomniał, otworzył oczy i zaczął się ruszać. Zobaczywszy, że ja stałem nad nim i pas zapinałem na sobie, a potem swoich trzech towarzyszy, siedzących przy grobie Indyanki, zapytał:
— Co to jest? Ja... ja... jestem związany?
— Tak, jesteście związani — potwierdziłem. — Położenie zmieniło się cokolwiek. Sądzę, że nie macie nic przeciwko temu.
— Psie! — zgrzytnął wściekle.
— Pst! Nie pogarszajcie swego losu!
— Niech cię dyabli porwą, łajdaku!
— Ostrzegam was raz jeszcze! Przedtem znosiłem to, żeście do mnie mówili: „ty“, gdyż nakazywał mi to mój rozum. Wam również przydałoby się okazać wobec mnie trochę więcej uprzejmości.
Spojrzał badawczo na towarzyszy i zawołał:
— Czyście co wypaplali?
— Nie — odrzekł Gates.
— No, nie radziłbym wam!
— Czego nie mieli wypaplać? — zapytałem.
— Niczego!
— Oho! Przyznajcie się zaraz, bo wam usta otworzę!