Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   418   —

— Gdyby wasz brak powodzenia można było upiec i spożyć, to nie potrzebowalibyśmy narzekać — odparłem. — Te gołębie żyły już pewnie za czasów Matuzalema, a i tak ogromna szkoda, że musiały zginąć w tak młodym wieku.
— Czy chcecie drwić ze mnie, sir?
— Wcale nie, gdyż łatwo możecie sobie wyobrazić, że memu żołądkowi nie zbiera się na żarty.
— To pokażcie wy coś lepszego, jeśli zdołacie!
— Well, ja przyniosę coś na pieczeń.
— Bardzo wątpię.
— Zająca lub przedpotopowego gołębia zawsze znajdę!
Wziąłem obie strzelby i poszedłem. Gdy się powoli oddalałem, słyszałem, jak śmiejąc się, wołał za mną:
— Oto idzie z tym olbrzymim grzmotem. Zastrzeli kilka starych drzew, ale nie trafi ani włoska, ani pióreczka!
Więcej już nie słyszałem. Gdybym tak był przystanął, by ich podsłuchać! Byłbym usłyszał więcej, nawet coś bardzo dla mnie ważnego. Później dowiedziałem się, że oni byli rzeczywiście przekonani, że ja nic nie upoluję. Chcąc mnie zawstydzić i raz jeszcze spróbować szczęścia, aby, gdy nic nie przyniosę, pokazać mnie bogatą zdobycz i dowoli wyśmiać, udali się wszyscy trzej do lasu zaraz po mnie. Wtedy miejsce to było opuszczone, ja mogłem wykopać testament Winnetou, po przeczytaniu schować do kieszeni, a potem jeszcze swobodnie zabić jakąś zwierzynę. Tak być nie miało!
Wczoraj i dziś wychodzili oni na polowanie tą samą drogą, którą przyszliśmy tutaj. Domyślając się, że w tej stronie, a więc ku południowi, wypłoszyli niewątpliwie już wszelką zwierzynę, zwróciłem się ku północy, do zagłębienia i na łączkę, przez którą niegdyś zwabiliśmy Keiowehów, aby w przeciwległym parowie urządzić na nich zasadzkę. Tam nie było pewnie nikogo od całego szeregu lat, dlatego mogłem liczyć na dobry strzał. Ponieważ jednak zbliżało się właśnie południe, a więc czas