Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   328   —

— Egad! Teraz się domyślam, do czego zmierzacie!
— Prawda? Stacye są tu teraz jeszcze tylko czasowe i zachodzi pytanie, gdzie znajdzie się dość ludzi, aby można się obejść bez jednego oddziału. Mojem zdaniem będzie to w Echo-Cannon.
— Charles, to jest bardzo możliwe. Rozbójnicy i czerwoni mogą taksamo jak my wiedzieć, że ta miejscowość będzie opuszczona przez ludzi.
— Jeżeli nadto przypuścimy, że Siouksi wykopali swoje strzały wojenne i pomalowali się wojennemi barwami, że zatem bezwątpienia noszą się z nieprzyjaznymi zamiarami, to prawie nie ulega wątpliwości, że wyprawią się na Echo-Cannon. Ale popatrzcie, oto źródło potoku! Dalej droga idzie stromo w górę, nie mamy więc czasu gawędzić!
Wspinaliśmy się teraz po stoku wzgórza wśród wysokich drzew, dlatego musieliśmy uważać. Wzgórze rozszerzało się potem na kształt płaskowyżu i opadało znów ku dolinie, gdzie dostaliśmy się znowu do rzeczki, płynącej na wschód.
Tutaj odpoczywali ścigani w południe, a następnie zwrócili się wzdłuż wody ku północy. Przejechaliśmy potem jeszcze przez kilka dolin i parowów, ślady stawały się coraz to świeższe, trzeba więc było zachowywać coraz większą ostrożność.
Wreszcie dotarliśmy pod wieczór do szczytu wydłużonego grzbietu górskiego i już mieliśmy po drugiej stronie w dół zjechać, kiedy prowadzący nasz pochód Winnetou zatrzymał się nagle, wskazał ręką przed siebie i głosem stłumionym zawołał:
— Uff!
My stanęliśmy również i spojrzeliśmy w oznaczonym kierunku.
Po prawej ręce rozciągała się głęboko pod nami równina, mająca z godzinę drogi w obwodzie. Była otwarta i porosła trawą. Na niej wznosiła się znaczna liczba namiotów indyańskich, a wśród nich panowało ruchliwe życie. Konie pasły się wolno, brodząc w bujnej