Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   314   —

Choć jesteście tak wystrojeni, mimoto jest u was coś, co u starego westmana budzi zaufanie. W wagonie wam się przypatrywałem i powiadam szczerze, że polubiłem was. Jestem zwykle samotny i nietowarzyski, chciałbym mieć was trochę przy sobie, dlatego będę otwarty. Istotnie jestem urzędnikiem oddziału prywatnych detektywów dra Suntera. Mojem zadaniem jest śledzić zbiegłe osobniki na Zachodzie; przykre to życie, ale mimo to poświęcam na to wszystkie moje siły. Dlaczego to czynię, opowiem później, gdy będziemy mieli czas na to. To smutna historya. A teraz pytam, sir, czy się do mnie przyłączycie?
— Tu moja ręka. Bądźmy wiernymi towarzyszami i dzielmy odtąd wspólnie wszelkie niewczasy i niebezpieczeństwa, master Walker!
Grubas rękę do mnie wyciągnął z radością w twarzy i rzekł:
— I ja daję słowo, sir, dziękując za zgodę. Spodziewam się, że się z sobą zżyjemy. Zamiast „master Walker“, mówcie mi krótko i węzłowato: Fred, a ja już będę wiedział, do kogo to się odnosi. Czy wolno teraz spytać, jak wy się nazywacie?
Powiedziałem mu moje imię i nazwisko i dodałem:
— Wołajcie mnie poprostu Charles; to wystarczy. Ale patrzcie, tor już naprawiony. Niebawem powsiadają ludzie do pociągu i pojadą dalej.
— Wobec tego zabiorę mego Viktorego; nie przestraszcie się go przypadkiem. On nie ma właściwie wyglądu, ale nosił mnie przez dwanaście lat i nie zamieniałbym go na najlepszego wyścigowca w świecie. Czy macie co w wagonie?
— Nie. Czy powiemy tym ludziom, co zamierzamy zrobić?
— Nie. Im mniej o nas będą wiedzieli, tem pewniejsi będziemy.
Przystąpił do wozu, w którym koń jego się znajdował i kazał otworzyć. Teren nie nadawał się bynaj-