Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/065

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   315   —

    mniej do wyładowania konia, nadto nie było przyrządu do tego, ale rzecz odbyła się inaczej, niż myślałem.
    — Viktory, come on!
    Na ten okrzyk wystawiło stare zwierzę najpierw głowę, aby się terenowi przypatrzyć, położyło z namysłem w tył długie uszy i wypadło jednym szalonym skokiem na nasyp. Wszyscy, którzy to widzieli, przyklasnęli. Koń, jakby to zrozumiał, machnął ogonem i zarżał głośno.
    Z wyglądu nie zasługiwał ten koń żadną miarą na imię Viktory, zwycięzca. Chudy ten, o cienkich nogach, przynajmniej dwudziestoletni kasztan, grzywy już całkiem nie miał, a z ogona zwisało tylko kilka kosmyków, uszy zaś przewyższały znacznie królicze łyżki. Mimoto odrazu oceniłem wysoko to zwierzę, zwłaszcza widząc jak kopało i kąsało, gdy kto sięgnął ręką do niego. Koń był osiodłany i miał uzdę. Fred dosiadł go i zjechał z nasypu, nie rzekłszy do nikogo ani słowa. Nikt się też o nas nie troszczył. Byliśmy dla nich obcy, z obojętnością więc przyjęli to, żeśmy opuścili pociąg.
    Na dole zatrzymał się Walker.
    — Widzicie, Charles, jakby to było dobrze, gdybyście także mieli konia — powiedział.
    — Wkrótce się o to postaram — odrzekłem. — Na waszym Viktorym, łatwo go schwytam.
    — Wy? No, to ja musiałbym się tem zająć, bo daję słowo, że nie ujechalibyście jednego kroku na nim. On prócz mnie nikogo na sobie nie ścierpi.
    — Toby się pokazało!
    — Ależ zapewniam, że tak jest. Moglibyśmy się czasem zmieniać na koniu, aby was chód nie męczył, ale zrzuci was pewnie i dlatego skazani jesteście na podróż piechotą, dopóki nie spotkamy trzody mustangów. To wysoce przykra rzecz, gdyż wobec tego powoli tylko będziemy się poruszać i stracimy dużo czasu. Ale patrzcie, ludzie wsiadają i pociąg ruszy dalej.
    Tak też było. Maszyna buchnęła parą, koła za-