Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/048

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   298   —

    Wsiadłszy napowrót, milczał dalej jak przedtem i dopiero popołudniu, gdyśmy się zatrzymali w Cheyenne u stóp gór Black Hills, odezwał się w te słowa:
    — Czy udajecie się stąd może koleją Colorado ku Denver, sir?
    Zaprzeczyłem krótko to pytanie.
    — Well, to zostaniemy nadal sąsiadami.
    — Czy pojedziecie daleko pacyfikiem? — spytałem.
    — Hm, tak i nie; jak mi się spodoba. A wy?
    — Chciałbym się dostać do Ogden City.
    — Aha, żeby zobaczyć miasto Mormonów?
    — Właśnie, potem podążyłbym w góry Windriver i w Tretony.
    Grubas przypatrzył mi się z niedowierzaniem i rzekł:
    — Tam? Tego dokazać może tylko bardzo śmiały westman. Czy macie towarzystwo?
    — Nie.
    Na to spojrzał on na mnie małemi oczkami prawie rozbawiony.
    — Sam? Tam w Tretony? W sam środek między Siouksów i szare niedźwiedzie? Pshaw! Czy słyszeliście kiedy, co to znaczy Siouks, lub szary niedźwiedź?
    — Cośkolwiek.
    — Aha! Hm! Czy wolno spytać, kim jesteście, sir?
    — Jestem writer.
    — Writer, pisarz? Więc robicie książki?
    — Tak.
    Na to roześmiał się już na cały głos. Ubawiło go to ogromnie, jak niegdyś Sans-eara, że pisarz, zdany tylko na siebie, wybiera się w najniebezpieczniejszą część Gór Skalistych.
    — Pięknie! — rzekł, śmiejąc się dalej. — Wy chcecie pewnie napisać książkę o trzech Tretonach, czcigodny panie?
    — Zamyślam.