Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   273   —

Serce przepełnia się dziwnemi uczuciami, wiara zapuszcza korzenie coraz to głębiej i mocniej, a syn ziemi wydaje się sobie tak małym, jak robak, który usiłuje wspiąć się na szczyt gigantycznego dębu, lecz zanim tam dojdzie, dawno już żyć nie będzie. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który uważa siebie za pana stworzenia, a właściwie tylko z łaski Boga otrzymał jako niezasłużony dar pierwsze miejsce pomiędzy ziemskiemi stworzeniami.
Tak wspinaliśmy się zwolna, lecz ciągle pod górę, dopóki nie dostaliśmy się na ową równinę, po której już łatwiej jechało się naprzód. Pod wieczór dotarliśmy do południowego brzegu „Czarnego Oka“, którego głębokie, nieruchome, wody błyszczały ku nam fosforycznym blaskiem jak zagadka, której rozwiązanie sprowadza nieuniknioną śmierć.
W dolinie nie było już słońca, tu jednak zapadał dopiero zmrok wieczorny, dzięki czemu mogliśmy jeszcze część brzegów dobrze przeszukać.
— Jedziemy dalej? — zapytał Marshall, pragnąc jak najprędzej brata zobaczyć.
— Moi bracia rozłożą się tu obozem! — rzekł Winnetou krótko i dobitnie, jak to było jego zwyczajem.
— Well — zgodził się Sam. — Jest tu pyszny mech na łoża, a nad wodą trawa dla koni. Jeśli sobie teraz wyszukamy zakryte miejsce, do czego naprzykład później czasuby nam nie starczyło, to możemy nawet rozniecić małe indyańskie ognisko, aby upiec indyka, zastrzelonego przez Boba.
Tak, Bob dziś poraz pierwszy upolował coś do jedzenia i był wcale dumny z tego niezbitego dowodu, że jest pożytecznym człowiekiem w naszem towarzystwie. Wkrótce znaleźliśmy miejsce, jakiego sobie Sam życzył i rozłożyliśmy się obozem.
Niebawem zapłonął ogień, a Bob zajął się gorliwie obdzieraniem z piór charakterystycznego północno amerykańskiego ptaka. Tymczasem zapadła noc zupełnie czarna, a w migotliwem świetle ogniska wystąpiły pnie, konary i gałęzie w dziwacznej postaci. Upiekliśmy in-