Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   272   —

Wspinając się na górę, wjechaliśmy w taką dzicz pierwotną, że straciliśmy niemal odwagę, żeby się przecisnąć przez nieprzebyty chaos skał i boru. Lecz im dalej posuwaliśmy się, tem mniej napotykaliśmy trudności. Uciążliwe podszycie leśne niknęło coraz to więcej, aż w końcu znaleźliśmy się w olbrzymim tumie, którego powałę tworzyły gąszcze gałęzi i konarów, wspartą na milionach kolumn, tak grubych niekiedy, że zaledwie trzech ludzi zdołałoby je objąć, a stojących od siebie tu i ówdzie o kilkanaście łokci.
Taka puszcza robi na wrażliwym umyśle takie same wrażenie, jak świątynia na dziecku, wchodzącem do niej poraz pierwszy.
Ze wszystkich stron szumi i wieje dokoła człowieka.