Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   176   —

przyjaciółmi, jeśli to rzeczywiście byli nieprzyjaciele, gdyż mimo oddalenia poznałem, że to byli biali.
Ale za tymi jeźdźcami pędziło pięć postaci, a to mogli być tylko Indyanie. Ci już za pięć minut musieli doścignąć białych. Nie ulegało wątpliwości, że to był pościg, aby więc wiedzieć, jak się miałem zachować, przyłożyłem lunetę do oczu.
— Zounds! — wyrwało mi się z ust mimowolnie, gdyż pierwszym jeźdźcem był Fred Morgan, a drugim jego syn, Patrik.
Zaraz wyłoniło się pytanie, czy zabić ich, czy też żywcem pochwycić. Postanowiłem nie plamić się krwią tych rozbójników, lecz wziąłem rusznicę do ręki i czekałem. Oni zbliżali się do nas coraz bardziej, a Indyanie byli nie dalej za nimi, jak o pięćset kroków. Już nawet parskanie koni nas dolatywało, a za chwilę mieli uciekający minąć naszą kryjówkę. Lecz zanim się to stało, wypaliłem dwa razy, mierząc w głowy wierzchowców, wskutek czego oba padły. Konie juczne, które były do nich przywiązane, przestraszone strzałami usiłowały się uwolnić. Jeźdźcy znaleźli się oczywiście na ziemi, ja zaś zamierzałem już rzucić się na nich, gdy wtem wydali wojenny okrzyk nadbiegający czerwoni, do których przyłączył się także Maram. W jednej chwili otoczono mnie, a trzy tomahawki i dwa noże błysnęły nad moją głową.
— Cha! — zawołał Maram, wyciągając rękę. — Ta blada twarz jest przyjacielem Marama.
Napastnicy odstąpili odemnie wprawdzie, lecz skutków ich napadu niepodobna już było naprawić, bo obaj pierwsi jeźdźcy, którzy spadli z koni, mieli czas powstać i uciec w krzaki, a konie juczne stanąwszy dęba na okrzyk Indyan, porwały rzemienie i jak szalone pobiegły do rzeki, gdzie utonęły, skoro tylko wskoczyły do wody, gdyż ciężko były obładowane. Były to nasze konie juczne, jak to zaraz z początku poznałem.
Czterej Indyanie popędzili za zbiegami, a piątego ja zatrzymałem przy sobie.