Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   170   —

— Ale nie dotkniesz jego więzów. Gdyby się on uwolnił, ty byłbyś zgubiony!
— Bob nie być zgubiony!
— To dobrze. Więc dalej do dzieła!
Olbrzymi murzyn zarzucił sobie Indyanina na plecy i poszedł na dół, ja natomiast powróciłem do koni Komanczów. Właściwości terenu nie pozwalały na to, żeby usunąć stamtąd wszystkie sześć zwierząt, to znaczy wyprowadzić je z doliny na górę, a potem na dół. Sam jednak mogłem lepiej tego dokonać, aniżeli z pomocą murzyna, ponieważ konie indyańskie czują nieprzezwyciężony wstręt do czarnej rasy, której wyziewów nie znoszą. Wsiąść wprawdzie pozwolą na siebie murzynowi, ale żadną miarą nie pójdą za nim, gdy zechce je prowadzić za uzdę.
Co już przedtem zauważyłem, to się teraz sprawdziło. Skarby nasze, zarówno te, które wieźliśmy z hide-spot, jako też odebrane obydwu Morganom przepadły. Złoto to deadly dust „śmiercionośny pył“. Ze stu ludzi, udających się na poszukiwanie złota do digginów i na dziki Zachód, ginie dziewięćdziesięciu. Blask i dźwięk uwodzicielskiego kruszczu budzi ponure demony i tylko w opiece prawa zaznacza się jego błogosławiona potęga.
Zdjąwszy z koni gurty, poprzywiązywałem jednego do drugiego głową do ogona tak, że tworzyły nieprzerwany szereg. Następnie wziąłem pierwszego za cugle i ruszyłem w górę po stromem zboczu. Oporne zwierzęta sprawiały mi niemało kłopotu, ale trud mój wynagrodziła ta okoliczność, że reszta Indyan znajdowała się niewątpliwie daleko, skoro nie usłyszeli parskania i tupotu końskiego. Mimo tych trudności dostałem się z końmi szczęśliwie na górę, a po drugiej stronie na dół. Komancze, pozbawieni w ten sposób swoich wierzchowców, nie mogli już doścignąć swoich towarzyszy, a zarazem udaremniony został ich zamiar główny ujęcia mnie i Boba.