Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   171   —

Murzyn siedział pod oznaczonem drzewem i pilnował Indyanina. Było mu widocznie nieswojo w tem sam na sam z nieprzyjacielem, dlatego odetchnął na mój widok z radością i ulgą.
— O pięknie, że przyjść massa. Indyan robić oczy jak dyabeł, mruczeć i krząkać, jak bydlę, ale nigger Bob dać mu klapsa na gębę, że cicho być!
— Nie powinieneś go bić, Bobie, to nie po rycersku. Oprócz tego jest to obrazą, za którą Indyanin płaci jedynie śmiercią. Gdyby kiedyś wydostał się na wolność i spotkał się z tobą, byłbyś zgubiony!
— Nigger Bob zgubiony? Oh, ah, massa! W takim razie lepiej zaraz zabić Indian, żeby on nie wydostać się na wolność!
Dobył rzeczywiście noża i przytknął ostrze jego do piersi Komancza.
— Stój, Bobie, nie mordować! Przyda nam się to bardzo, jeśli go zostawimy przy życiu. Pomóż mi przywiązać go do konia.
Wyjąłem knebel z ust Indyanina.
— Niech mój czerwony brat oddycha, ale nie wolno mu mówić, dopóki go nie zapytam!
— Maram bądzie mówił, kiedy jemu się spodoba — odparł Indyanin. — Blada twarz i tak zabije mnie i skalp mój zabierze, choć będę milczał.
— Maram będzie żył i skalp swój zachowa, gdyż Old Shatterhand zabija wroga jedynie w walce.
— Blada twarz jest Old Shatterhand? Uff!
— To prawda. Maram nie jest już moim wrogiem, lecz przyjacielem. Old Shatterhand zaprowadzi go do wigwamu jego ojca.
— Ojcem Marama jest Tokejchun[1], wódz wojowników Rakurrojów. On zabije Marama za to, że został jeńcem bladej twarzy.
— Czy mój brat chce być wolnym?

Indyanin spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

  1. Rogaty byk.