Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   87   —

z drugiej strony. Zanim się odwrócili, doleciały mnie całkiem wyraźnie następujące słowa:
— Ja jego, a ty murzyna!
Słowa te powiedział Wiiiams. Gdy powrócili, usłyszałem znowu:
— Oczywiście, że ich także!
Wydało mi się, że na przeciwległym punkcie stycznym zapytał drugi o mnie i o Sama. Gdy się znowu do mnie zbliżyli, zabrzmiały słowa:
— Pshaw! Jeden mały, a drugi... to będzie przecież we śnie!
„Małym“ był oczywiście Sam, a „drugim“ ja. Nie ulegało wątpliwości, że postanowili nas zamordować chociaż nie wiedziałem, dlaczego. Gdy się znowu przybliżyli, usłyszałem dokładną odpowiedź:
— Wszystkich trzech!
Być może, iż po drugiej stronie padło pytanie, czy trzej kupcy mają los nasz podzielić. Tych pięciu wojażerów chciało się więc do nas zabrać; pięciu przeciwko pięciu. Wynik tego przedsięwzięcia mógł być dla nich jak najkorzystniejszy. Byliby nas uśmiercili, nie skaleczywszy się nawet, gdyby mnie było nie przyszło na myśl, ich podsłuchać. Teraz znowu się zeszli obydwaj rozbójnicy.
— Ani minuty prędzej... wszystko w porządku! — rzekł Wiiiams do towarzysza.
Zajmująca rozmowa dobiegła do końca. Ostatnie słowa odnosiły się oczywiście do chwili, w której czyn miano spełnić. Teraz chodziło o to, kiedy to nastąpi, czy we śnie, czy dzisiaj, czy jutro? Prawdopodobniejsza była pierwsza pora, a że obywaj łotrzy mieli się jeszcze co najwyżej kwadrans przechadzać, przeto należało ich uprzedzić.
Przygotowałem się do skoku. Oni spotkali się znowu, nie zamieniwszy już ani słowa i odwrócili się równocześnie. Zaledwie Wiiiams mnie minął, zerwałem się za nim z ziemi, pochwyciłem go lewą ręką za gardło tak, że nie zdołał głosu wydać z siebie, a pięścią prawej ude-