Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   467   —

nam mogło grozić jeszcze tego samego dnia. Postanowiliśmy jednak na wszelki wypadek ostrożnością zapobiec temu niebezpieczeństwu.
Nasze zapasy żywności obliczone były tylko na dwie osoby. Rollins jednak miał swoją, tymczasem więc jego żywność musiała dla nas wszystkich wystarczyć. Cośkolwiek jeszcze zostało, a nazajutrz mogliśmy się o zwierzynę postarać.
Po jedzeniu mieliśmy właściwie położyć się spać, ale towarzyszom naszym nie przychodziła jakoś ochota do tego. Rozmawiali z wielkiem zajęciem, chociaż zakazaliśmy im głośnej gadaniny. Nawet Rollins zrobił się rozmownym i opowiadał o przygodach, które przeżył podczas swoich handlowych podróży. Wobec tego ani ja, ani Winnetou nie mogliśmy zasnąć, lecz musieliśmy czuwać, pomimo że nie braliśmy udziału w rozmowie, która nie wydała mi się zresztą przypadkową, lecz jak gdyby prowadzoną naumyślnie w ten sposób. Czyżby przez to chcieli odwrócić naszą uwagę? Spojrzałem na Winnetou i dostrzegłem, że to samo zapewne myślał, gdyż trzymał wszystką broń, nawet nóż, w pogotowiu i patrzył bystro na wszystkie strony, co tylko ja zauważyłem, znając go dobrze. On zamknął był prawie zupełnie powieki, jak gdyby spał, przez rzęsy jednak śledził wszystko jak najdokładniej. Ja czyniłem oczywiście to samo.
Po pewnym czasie ustał deszcz, a siła wiatru znacznie zmalała. Bylibyśmy wobec tego przenieśli chętnie obóz na otwarte miejsce, ale na to byliby się nie zgodzili towarzysze, musieliśmy więc zostać w lesie.
Ognisko się nie paliło. Okolica, w której znajdowaliśmy się, należała do nieprzyjacielskich plemion Siouksów, a to dało nam skuteczny powód do tego, żeby nie pozwolić na rozpalenie ogniska. Ogień mógł nas zdradzić nietylko przed czerwonoskórcami, lecz w danym razie także przed sprzymierzeńcami naszych towarzyszy. Że zaś oczy nasze przywykły do ciemności, byliśmy pewni, że nie tylko usłyszymy, lecz nawet ujrzymy, gdyby