Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   466   —

trzej chcą się dostać do nas z Rollinsem, aby futra zobaczyć, a potem zabrać je bez zapłacenia.
— A więc grabież, a może nawet mord?
— Tak.
— Ja także tak sądzę.
— Wobec tego mamy do czynienia ze złymi ludźmi! Po drodze jednak nie potrzebujemy jeszcze się obawiać. Nic nam się nie stanie. Czyn nastąpi dopiero wówczas, gdy wszyscy czterej znajdą się w warowni.
— A tego bardzo łatwo uniknąć. Rollinsa musimy z sobą wziąć; to już nie da się obejść, ale z tamtymi rozstaniemy się w stosownym czasie. Zasłonimy się tem, że oni zdążają do fortu do swoich rodzin. Mimo to należy nam w dalszej podróży zachować wszelką ostrożność. Wyobrażamy sobie wprawdzie, że utrafiliśmy w sedno, ale możemy się mylić. Musimy ich obserwować nietylko w dzień, lecz i w nocy.
— Tak zrobimy. Trzeba bowiem na to być przygotowanym, że w pobliżu znajduje się ciągle ktoś z ich końmi. Gdy jeden z nas będzie spał, drugi będzie czuwał, gotów w każdej chwili do walki, ale tak, żeby ci ludzie tego nie zauważyli.
Tak to podzieliliśmy się naszemi spostrzeżeniami. Winnetou domyślił się wszystkiego z wrodzoną sobie bystrością dość dobrze, choć nie w całej pełni. Gdybyśmy byli przeczuli, na czem polegała ta pełnia, bylibyśmy nie zdołali zachować tyle choćby zewnętrznego spokoju i ukryć przed towarzyszami rozdrażnienia.
Popołudniu nie odebraliśmy im koni, chociaż chcieli nam je kilkakrotnie oddać. Gdy wieczór zapadł, bylibyśmy się najchętniej rozłożyli obozem na preryi dla wolnego dokoła widoku, przez co bylibyśmy łatwo spostrzegli, gdyby się kto zbliżał, tymczasem zawiał wiar z deszczem, woleliśmy więc pojechać dalej, aby się dostać do najbliższego lasu. Tam na skraju rosły wysokie, gęsto liściem pokryte drzewa, a dach ich chronił nas przed deszczem. To przedstawiało dla nas pewną wygodę, której podporządkowaliśmy nawet niebezpieczeństwo, które