Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   465   —

ze swoimi skarbami. Gdyby więc nawet handlarz nosił się z wrogimi zamysłami przeciw nam, to dopóki nie obejrzy zapasów, nie mamy powodu się go obawiać. Czy mój brat zgadza się ze mną?
— Tak.
— A ci trzej, którzy się przedstawiają jako napadnięci osadnicy...
— Nie są nimi.
— Oczywiście.
— Czem więc są w takim razie?
— To zupełnie obojętne. Dopóki jesteśmy w drodze, nie grozi nam nic złego z ich strony.
— Ale może gdy znajdziemy się z nimi razem w warowni?
— Uff! — uśmiechnął się Winnetou do siebie. — Mój brat Shatterhand wpadł znowu na tę samą myśl co i ja!
— Nic w tem dziwnego. To przypuszczenie bardzo łatwe, a inne jest prawie wykluczone.
— Że wszyscy czterej są handlarzami i należą do siebie?
— Tak. Corner powiedział wczoraj, że pedlar Bourton zatrudnia czterech pracowników. Może ten wrzekomy stary Warton nazywa się Bourton. Oba nazwiska brzmią podobnie. On był w pobliżu osady Cornera, a pomocnik Rollins wychodził w nocy i zawiadomił swojego pana o wielkim interesie, który może zawrzeć, a ten przyłączył się do nas po drodze z dwoma innymi pomocnikami.
— Ale w jakim celu? W dobrym, czy w złym? Jak sądzi mój biały brat?
— Hm, myślę, że w złym. W przeciwnym bowiem razie postąpiłby Bourton o tyle tylko niewłaściwie, że dostałby się do nas pod fałszywą flagą, aby ocenić towary, nie dając nam poznać, że jest pedlarem i właścicielem przedsiębiorstwa. To jednak byłoby zbyteczne, gdyż pomocnik sam mógłby się podjąć oceny.
— Słusznie. Pozostaje więc tylko to jedno, że ci