Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   387   —

jako przykład posłuży. Zresztą możliwe jest, że owej nocy nie trafiliście go dobrze. Podczas mojej choroby przyszedł do siebie, kazał nas śledzić i ruszył potem za nami.
— Ale dlaczego na nas nie uderzył?
— Tego nie wiem, ale to niezawodnie stało się z jakiegoś powodu, który w każdym razie poznamy. Czy jesteście bardzo znużeni, sir?
— Nie powiedziałbym.
— Muszę go sam zobaczyć. Czy będziecie mi towarzyszyć?
— To się samo przez się rozumie. Zwracam jednak uwagę waszą na niebezpieczeństwo tej wycieczki. Indyanie będą napróżno czekali na ludzi, wysłanych na zwiady, zaczną ich szukać i znajdą zabitych. Mogą także nas spotkać i odciąć nam odwrót do naszych.
— To wszystko może się zdarzyć, ale ja nie mogę bezwarunkowo tu zostać i czekać, dopóki nas nie znajdą. Dicku Stone!
Wezwany był wczoraj na łowach, zobaczył mnie więc dopiero teraz i przywitał się ze mną serdecznie.
— Czy słyszałeś, dokąd mamy iść? — zapytał go Old Firehand.
— Cośkolwiek.
— Weź strzelbę! Popatrzymy za czerwonoskórymi.
— Jestem gotów, sir! Czy pojedziemy konno?
— Nie. To blizko. Wy, którzy zostajecie, weźcie się do rzeczy i pozasłaniajcie catches[1] darniną. Nie można przewidzieć, co nastąpi, a gdyby bronzowi dostali się pomiędzy nasze skały, niech przynajmniej tego nie znajdą, co mogłoby się im przydać. Harry, ty pójdziesz do Willa Parkera i Billa Bulchera i będziesz czuwał nad porządkiem pod naszą nieobecność!
— Ojcze, pozwól mi iść z sobą! — prosił Harry.

— Na nic mi się nie przydasz, moje dziecko. Spocznij sobie; będziesz jeszcze nieraz miał sposobność do takich wycieczek!

  1. Schowki na skóry.