Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   366   —

— Oczywiście, że to zrobiłem.
— A wy milczeliście jak zaklęci o tem, że u was spotkam Sama Hawkensa!
Na ten przyjacielski wyrzut, zwrócony do Old Firehanda, odpowiedział zagadnięty:
Chiałem wam zrobić niespodziankę. Widzicie zatem, że znałem was już oddawna, gdyż mówiliśmy o was często. Zastaniecie u mnie jeszcze dwu dobrych znajomych.
— Chyba Dicka Stone’a i Willa Parkera, nieodłącznych towarzyszy Sama?
— Tak. Wasze przybycie będzie dla nich także wielką niespodzianką. Ale, Samie, którzy z naszych ludzi są dzisiaj w domu?
— Wszyscy z wyjątkiem Billa Bulchera, Dicka Stone’a i Harrisa, którzy wyszli, aby przynieść trochę mięsa. Mały sir przybył już także.
— Wiem już, wiem, że jest tutaj. Jakżeż się zresztą powodzi? Czy były czerwone skóry?
— Dziękuję, dziękuję, sir! Nie przypominam sobie, chociaż — przy tych słowach wskazał na przyrząd do strzelania — Liddy ma myśli weselne.
— A łapki?
— Miały zbiór dobry, bardzo dobry, jeśli się nie mylę. Możecie zobaczyć sami, sir; w bramie znajdziecie niewiele wody.
Odwrócił się i odszedł do swej kryjówki, a my pojechaliśmy dalej.
Ta mała scena pouczyła mię o tem, że byliśmy już blizko warowni, gdyż Sam Hawkens musiał stać nieopodal od wejścia. Z uwagą zacząłem się rozglądać po otoczeniu, aby zobaczyć bramę.
Wtem ukazał się tak wązki przesmyk, że obu ścian skalnych, schodzących się całkiem blizko i pokrytych jak dachem krzakami ożyn, można było dotknąć wyciągnąwszy ręce. Całą jego szerokość zajmował potok, którego twarde, kamieniste, łożysko nie przyjmowało odcisku nogi. Brzegiem jego pojechaliśmy w górę doliny, Old Fire-