Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   349   —

się, a wtedy wydało mi się, że posuwają się ku nam trzy ciemne punkty.
— Niechaj się Winnetou położy na ziemi; będzie musiał bronić skalpu białego wodza! — ostrzegłem go.
Nadchodzący zbliżali się z widoczną ostrożnością. Było tam z pół tuzina Ponków, którzy starali się wyszukać rozprószonych swoich ludzi.
Apacz poczołgał się w bok po ziemi, a ja za nim, zrozumiawszy jego zamiar. Old Firehand powinien był być już dawno przy nas, ale straciwszy z oczu Winnetou, pobiegł zapewne w fałszywym kierunku. Teraz zauważyliśmy, że Ponkowie mieli z sobą konie, które prowadzili za cugle. W ten sposób byli w każdej chwili przygotowani do szybkiej ucieczki, nam jednak mogła ta okoliczność grozić niebezpieczeństwem i dla tego musieliśmy przyjść w posiadanie koni. Zatoczyliśmy więc niewielki łuk, dzięki czemu dostaliśmy się na ich tyły, a konie ich znalazły się przez to pomiędzy nami a nimi.
W takiem oddaleniu od placu boju nie spodziewali się oczywiście znaleźć zabitego, to też krzyknęli kilkakrotnie „uff“, ujrzawszy ze zdziwieniem przed sobą nieruchome ludzkie ciało. Gdyby byli przypuścili, że poległ tutaj, nie byliby dążyli tu z takim pośpiechem. Sądzili, że wydostał się z walki zraniony i aż tutaj się dowlókł. Pochylili się nad nim natychmiast, a na widok zohydzenia twarzy wybuchnęli głośnem wyciem wściekłości
To była dla nas stosowna chwila. W sekundzie pochwyciliśmy za cugle konie, które oni wypuścili w przestrachu, wsiedliśmy na nie i popędziliśmy cwałem ku naszym. Na walce nam nie zależało. Wystarczało, że jako bezbronni umknęliśmy trzykroć liczniejszemu wrogowi i oprócz skalpu nieprzyjacielskiego wodza przyprowadziliśmy jeszcze kilka koni.
Z łatwem do wybaczenia zadowoleniem myślałem sobie o minach, jakie z pewnością zrobili za nami oszukani przez nas Ponkowie. Nawet poważny Winnetou nie zdołał się powstrzymać od wesołego okrzyku „uff.“ Mie-