Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   332   —

— Zaczekajcie! Nic się już nie da zrobić. Pędzicie tylko w swoją własną zgubę!
— Puśćcie mnie! Z tchórzami nie chcę nic więcej mieć do czynienia!
Wyrwawszy rękę, popędził. Ja równocześnie poczułem w mych palcach jakiś mały przedmiot. Był to pierścień, który zsunął się Harremu z palca podczas silnego szarpnięcia. Ruszyłem za chłopcem, lecz on w tej chwili zniknął wśród stromo spadających skał. Trudno było gniewać się na niego. Był jeszcze młody, a katastrofa zabrała mu spokój, niezbędny do słusznego osądzenia stanu rzeczy. Schowałem zatem pierścień i usiadłem, aby wypocząć po nadludzkim wysiłku, zostać tam przez noc, zaczekać na świt, gdyż przedtem nie podobna było dostać się do bluffu.
Wszystkie me nerwy drgały, a dolina, w której żar naftowy wciąż jeszcze płonął, wydawała mi się piekłem, z którego umknąłem. Stare ubranie, które miałem na sobie, spadało ze mnie jak hubka. Wdziałem nowe, które podczas przeprawy przez rzekę zmokło i zostało nienaruszone.
Swallow leżał blizko mnie spokojnie, nawet trawy, której było podostatkiem, nie tknął. Dzielne zwierzę ucierpiało tak samo jak ja, albo nawet jeszcze więcej. Co się stało z mieszkańcami doliny? Pytanie to nie dawało mi zasnąć, pomimo że potrzebowałem bardzo spoczynku. Czuwałem przez całą noc i wychodziłem często na krawędź bluffu, by spojrzeć na dół. Ogień nie miał już tych rozmiarów, co przedtem, ale mimoto przedstawiał widok, którego nigdy nie zapomnę. Nafta biła na wysokość trzydziestu łokci z szybu w powietrze. Ten promień nafty płonął, rozpryskiwał się w górze na poszczególne snopy i tysiące iskier, spadał na ziemię i pędził potem, jak wstęga ognia wysokości dwu ludzi ku rzece, zajmując natychmiast całą jej szerokość. Tak trwało do rana i tak musiało się palić, dopóki nafta tryskała z szybu, jeśliby nie udało się ognia zagasić. Światło dzienne złagodziło intenzywność barwy płomieni.