Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   331   —

Niebo płonęło jak krew, a dym rozpętanego żywiołu unosił się w gęstych, czarnych, poprzerywanych purpurowymi promieniami kłębach nad ogniskiem zniszczenia. Nie było jednak czasu na te rozmyślania, gdyż przedemną leżał Harry, blady, zimny i sztywny, ciągle jeszcze trzymając kurczowo nóż w ręce. Wydało mi się, że już nie żyje, że utonął w nurtach rzeki, gdy tymczasem ja chciałem go wydrzeć płomieniom.
Przemokłe jego ubranie przylegało ściśle do martwych jego członków. Na pobladłej twarzy igrały ponure odblaski ognistych promieni, wyskakujących ponad krawędź doliny. Wziąłem go na ręce, odgarnąłem mu włosy z czoła, natarłem skronie, przyłożyłem usta do jego warg, aby w nieruchomą pierś wetchnąć mój oddech. Jednem słowem czyniłem wszystko, do czego byłem zdolny w mej bezsilności, aby go przywołać do życia.
Nareszcie drgnęło jego ciało, z początku nieznacznie, a potem coraz widoczniej. Serce zaczęło bić, a pierś słabo się poruszać. Chłopiec zbudził się, otworzył szeroko oczy i wpatrzył mi się w twarz z nieopisanym wyrazem. Wkrótce ożywił się wracający do życia wzrok i Harry zerwał się z głośnym okrzykiem:
— Gdzie jestem? Kto wy? Co się stało? — zawołał.
— Jesteście ocaleni z pożaru, który szaleje tam na dole!
Dźwięk mojego głosu i widok wciąż jeszcze buchających wysoko płomieni wróciły mu przytomność zupełnie.
— Pożar? Na dole? To prawda! Na Boga tam się paliło! A Forsterowie...
Jak gdyby pod wpływem wyobrażenia o strasznem niebezpieczeństwie, w jakiem zostawił krewnych, podniósł groźnie rękę i krzyknął:
— Panie, jesteście tchórz, nędzny tchórz, kujot, jak jużeście to słyszeli. Mogliście ich ocalić wszystkich, wszystkich, tymczasem umknęliście, jak szakal przed szczekaniem nędznego psa. Gardzę wami i wracam do nich!
Chciał odejść, ale go przytrzymałem za rękę.