Strona:PL Karol May - Winnetou 03.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   147   —

tem. Przyjmuję zatem, że nasza rozmowa zaczyna się dopiero teraz. Czy macie zapas cygar w forcie Inge?
— Już nie. Tytoń wyszedł nam ku naszemu ubolewaniu.
— To bardzo źle; żołnierz bez tytoniu jest tylko półczłowiekiem. Mój towarzysz zabrał z sobą pełną torbę cygar. Może wam co z tego udzieli.
Oczy sierżanta i jego ludzi zwróciły się na mnie pożądliwie. Wyjąłem garść cygar, rozdzieliłem je pomiędzy nich i podałem ognia. Gdy podoficer kilka razy pociągnął, rozlał mu się po twarzy wyraz zachwytu; skinął mi głową na podziękowanie, mówięc:
— Takie cygaro to czysta fajka pokoju. Zdaje mi się, że nie mógłbym się gniewać na najgorszego wroga, gdyby mi tu na preryi, po całych tygodniach tytuniowego postu, ofiarował coś takiego.
— Jeśli cygaro ma u was więcej siły niż największa nieprzyjaźń, to nie jesteście przynajmniej zdecydowanym złoczyńcą — śmiał się Old Death.
— Nie, tem oczywiście nie jestem. Ponieważ jednak, sir, musimy ruszać dalej, więc zdałoby się zapytać o potrzebne nam rzeczy. Czy widzieliście może tropy Indyan, lub kogo innego?
Old Death zaprzeczył i wyraził wątpliwość, czy mogą się tu Indyanie znajdować.
— Bardzo łatwo! Mamy wszelki powód do przypuszczenia, że tak jest, ponieważ te łotry wykopały znowu topór wojenny.
— Do wszystkich piorunów! Toby źle było! Jakie to szczepy?
— Komancze i Apacze.
— Najniebezpieczniejsze ludy! A my znajdujemy się właśnie pomiędzy ich terytoryami. Gdy nożyce się zamkną, to zwykle najgorzej wychodzi na tem to, co jest w środku.
— Tak, miejcie się na baczności! Przygotowaliśmy już wszystko i wysłaliśmy już ludzi po posiłki i zapasy żywności. Prawie dzień i noc przebiegamy okolicę w da-