Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   451   —

i usiadłem, by zaczekać, kiedy będą mógł pójść dalej bezpiecznie.
— A co zrobili jego ludzie?
— Chcieli pewnie razem z nim mnie szukać, lecz on im zabronił. Kazał im pozostać aż do swego powrotu i badał sam dalej. Słyszałem jeszcze przez pewien czas jego kroki, poczem wszystko ucichło.
— A więc gdzieś odszedł?
— Tak.
— Dokąd?
— Tego już nie wiem. Daleko z pewnością nie zaszedł, a przekonawszy się, że mnie nie znajdzie, zawrócił niewątpliwie do swoich.
— Czy ciebie poznał?
— Chyba nie; było za ciemno.
— Może aż tutaj się zakradłszy, siedzi teraz gdzieś i przypatruje się nam!
— To niemożebne! Nie mógł widzieć, dokąd się potem skierowałem. W każdym razie więc powrócił na swe stanowisko. Przeczekawszy dość długo, wystąpiłem z lasu na wolne pole, gdzie już łatwo biegłem prędzej. Wtem zawołał na mnie twój strażnik, od którego dowiedziałem się, że się już tu znajdujecie.
Nastąpiła pauza w rozmowie. Dowódca otrzymał widocznie potrzebną wiadomość i namyślał się nad nią. Po jakimś czasie zapytał:
— Co mój biały brat zamierza zrobić?
— Chcę najpierw usłyszeć, co ty postanowisz.
— Z twego sprawozdania widzę, że stało się całkiem inaczej, niżeli przypuszczaliśmy. Gdyby nam się było udało zaskoczyć Apaczów niespodzianie, dostaliby się w nasze ręce żywi, lub nieżywi i krwi wiele nie kosztowałoby to nas chyba. Teraz jednak czekają na nas. Old Shatterhand cię zauważył, wie zatem, że jego plan już zdradzony i będzie się miał na baczności. Najlepiej będzie, jeśli opuścimy te strony.
— Opuścimy? Chcesz odejść? Co ci na myśl przychodzi! Boisz się tej garstki Apaczów?