Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   450   —

Wobec gniewu, jaki mną obecnie wstrząsał, było przynajmniej to pewną nagrodą, że teraz tyle tu podsłuchałem, gdy tymczasem Santer nic u nas się nie dowiedział.
— Byłeś już tak blizko tego psa? — zawołał Keioweh. — Dlaczegoż nie pchnąłeś go z tyłu nożem w serce?
— Nawet mi to w głowie nie postało.
— Czemu?
— Bo tem byłbym wszystko popsuł. Coby to był za hałas! Apacze pobiegłszy do Winnetou, byliby go zawiadomili, że plan jego zdradzony. Nie byłbym zdołał już go schwytać, a w takim razie jak przyszedłbym w posiadanie nuggetów, które mieć muszę?
— Nie dostaniesz ich wogóle nigdy. Czy Old Shatterhand znajduje się jeszcze tam, gdzie go zostawiłeś?
— Spodziewam się.
— Spodziewasz się tylko? Więc może być, że odszedł? Ja sądzę, że tam na nas zaczeka!
— Chciał to uczynić, ale mógł odstąpić od tego zamiaru.
— Z jakiego powodu?
— Wie, że go podpatrywano.
— Uff! Jakże mógł się o tem dowiedzieć?
— Przez dziurę, przez fatalną, przeklętą dziurę, w ziemi wykopaną zapewne przez jakieś zwierzę.
— Czyż dziury umieją mówić?
— W pewnych warunkach. Ta właśnie przemówiła. Chcąc bowiem już odejść, odwróciłem się, oparłem przy tem cały ciężar ciała na rękach, ale zapadłem się prawą ręką wskutek miękkiego gruntu w jakąś dziurę, przyczem powstał szmer, który Old Shatterhand posłyszał. On odwrócił się natychmiast i niezawodnie zobaczył mnie, gdyż, kiedy się szybko zerwałem, aby umknąć, rzucił się za mną. Omal że mnie nie pojmał, bo chwycił mnie był już za bluzę; wyrwałem mu się jednak i skoczyłem w bok. Zawołał wprawdzie, żebym stanął, grożąc strzałem, ale mnie oczywiście ani przez myśl nie przeszło popełnić takie głupstwo. Przeciwnie, zaszyłem się w las jeszcze głębiej, gdzie osłaniała mnie ciemność