Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   407   —

— Robicie dzisiaj to, za co mnie zawsze ganicie: jesteście nierozważni.
— Jak? Co? Nierozważny? Sam Hawkens nierozważny? Śmiać mi się chce, hi! hi! hi! Tego mi jeszcze nikt nie zarzucił! Sir, nie znacie trwogi zazwyczaj, idziecie nawet z nożem na szarego niedźwiedzia; skądże dziś ta bojaźliwość?
— To nie bojaźliwość, lecz ostrożność. Znajdujemy się za blizko wrogów.
— Za blizko? Śmieszne! Sądzę nawet, że jeszcze bardziej zbliżymy się do nich. Zaczekajcieno, aż się ściemni!
Sam Hawkens był dzisiaj innym, niż zwykle. Śmierć „pięknej, miłej, dobrej czerwonej miss“ tak go oburzyła, że pożądał zemsty, a ponieważ Stone i Parker go popierali, nie mogłem na to poradzić. Przywiązaliśmy konie i siedliśmy, aby zaczekać do wieczora.
Keiowehowie zachowywali się tak, jak gdyby im nic nie groziło. Jeździli, lub biegali po otwartem miejscu, nawoływali się i postępowali sobie, jak gdyby znajdowali się u siebie, w dobrze pilnowanej wsi indyańskiej.
— Wszak widzicie, jak dalece nie przeczuwają niczego — rzekł Sam. — Nie trapi ich dziś ani jedna zła myśl.
— Jeśli się nie mylicie!
— Sam Hawkens nigdy się nie myli!
— Pshaw! Mógłbym wam dowieść czegoś przeciwnego. Ja mam przeczucie, że Keiowehowie udają.
— Przeczucie? Tylko stare baby miewają przeczucia. Pamiętajcie o tem, szanowny sir! W jakim celu zresztą udawaliby?
— Aby nas zwabić.
— To zbyteczne, bo my i bez wabienia do nich pójdziemy.
— Czy przypuszczacie, że Santer jest u nich?
— Naturalnie! Przybywszy na to miejsce, zobaczył ich i przeszedł do nich przez wyschłe koryto rzeki.