Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   359   —

czunie i o Winnetou! Wszak już przedtem ci powiedziałem, że czerwoni mężowie znają wiele miejsc, na których się złoto znajduje. Są góry, poprzecinane złotemi żyłami i doliny, na których zmyty przez wodę pył leży pod cienką warstwą ziemi. Udając się do miast bladych twarzy, nie będziemy mieli pieniędzy, ale tak wiele, tak wiele złota, że nie weźmiemy od nikogo ani kropli wody za darmo. Gdyby Nszo-czi musiała tam pozostać przez kilka słońc[1], to dałbym jej więcej złota, niż potrzeba na ten długi czas. Tylko niegościnność bladych twarzy zmusza nas do szukania złotego pyłu, poza tem nie używamy go wcale. Kiedy mój młody brat będzie gotów do drogi?
— Każdej chwili, kiedy się wam spodoba.
— Więc nie odwlekajmy, bo to już późna jesień, po której szybko zima następuje. Czerwony mąż nie przygotowuje się długo nawet do takiej dalekiej jazdy, moglibyśmy więc zaraz jutro wyruszyć, gdybyś był skłonny do tego.
— Jestem gotów. Trzeba się tylko zastanowić, co mamy wziąć z sobą, ile koni...
— To już Winnetou załatwi — przerwał mi. — On już o wszystkiem pomyślał i mój młody biały brat może być o wszystko spokojnym.
Opuściliśmy pierwsze piętro i wróciliśmy na górę. Na progu swego mieszkania zastałem Sam Hawkensa.
— Mam wam coś nowego powiedzieć, sir — rzekł. — Zdziwicie się, zdziwicie się ogromnie, jeśli się nie mylę.
— Czem?
— Wiadomością, którą wam przynoszę. A może już słyszeliście o tem?
— Powiedzcież, co macie na myśli, kochany Samie!
— Odchodzimy stąd, odchodzimy!
— Ach tak! O tem wiem już istotnie.

— Wiecie już? Myślałem, że wam zrobię niespodziankę, tymczasem przychodzę zapóźno.

  1. Lat.