Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   360   —

— Oznajmił mi to właśnie Inczu-czuna. A wam kto powiedział?
— Winnetou. Spotkałem go tam nad wodą, gdzie konie wybierał. Nawet Nszo-czi jedzie z nami. Czy o tem wiecie?
— Tak.
— To bardzo szczególny pomysł, lecz mnie na rękę. Ma ona tam, na Wschodzie, jak się zdaje, zamieszkać w pensyonacie; na co i po co, to dla mnie niezrozumiałe, jeżeli...
Zatrzymał się w połowie zdania, rzucił na mnie znacząco swojemi małemi oczkami i mówił dalej:
— Jeżeli nie... jeżeli nie.. hm! Czy może Nszo-czi ma zostać waszą Kliuną-ai? Jak myślicie, kochany sir Shatterhand?
— Moją Kliuną-ai, a więc moim księżycem? Takie rzeczy zostawiam wam. Na co mi księżyca, którego ciągle ubywa, dokóki całkiem nie zniknie. Ani mi się śni gubić peruki dla Indyanki.
— Peruki? Słuchajcie, to wam się nie udało. To był dowcip zupełnie lichy, z którego nie możecie być dumni. To zresztą bardzo dobrze się stało, że miłość moja do tego ubywającego księżyca była tak nieszczęśliwa.
— Czemu?
— Bo byłbym nie mógł go tutaj zostawić i musiał zabrać z sobą. A któż jeździ chętnie z nowiem po preryi, hi! hi! hi! Dziwna rzecz, że w każdem nieszczęściu jest zawsze jakieś szczęście! Jedno mnie tylko w tem złości.
— Co?
— Ta piękna skóra niedźwiedzia. Gdybym ją był sam wyprawił, miałbym teraz paradną bluzę myśliwską, a tak ani bluzy, ani skóry.
— Niestety! Jeśli kiedy nadarzy się jeszcze sposobność zabić szarego niedźwiedzia, daruję wam skórę.
— Wy mnie? A może ja wam? Nie wyobrażajcie sobie, że szare niedźwiedzie uganiają po to, aby je greenhorny zakłuwały. Wtenczas był czysty przypadek, który