Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   319   —

Wezwani pobiegli na miejsce, gdzie kilku wojowników poskładało strzelby i wzięli po jednej. Ci malcy wiedzieli zupełnie dobrze, jak się z taką bronią obchodzić. Uklękli na brzegu i zaczęli mierzyć w głowę Rattlera.
— Nie strzelać, na miłość Boga, nie strzelać! — krzyknął ten, pełen przerażenia.
Chłopcy zamienili z sobą kilka słów, czyniąc sobie z tego przykrego wypadku rodzaj sportu i pozwalając swej ofierze płynąć coraz dalej, na co wódz milcząco się godził. Poznałem z tego, że wiedział, czy umieli strzelać, czy nie. Potem krzyknęli do siebie głośno jakby dla zachęty i wypalili obydwaj. Rattler, trafiony w głowę, zniknął natychmiast pod wodą.
Nie zabrzmiał żaden okrzyk tryumfu, jak to się dzieje zazwyczaj przy śmierci nieprzyjaciela. Taki tchórz nie był godzien podniesienia głosu. Pogarda Indyan była tak wielka, że nie troszczyli się nawet o zwłoki Rattlera. Nie rzuciwszy na nie nawet okiem, pozwolili, żeby spłynęły z wodą. Mógł on być tylko zraniony, a nie zabity, mógł nawet tylko udać, że go trafiono i pójść na dno tak, jak ja to zrobiłem, a później dopiero wynurzyć się w jakiemś miejscu niewidocznem. Mimo to nie uważali za rzecz godną wysiłku dalej się nim zajmować.
Inczu-czuna przystąpił do mnie i zapytał: