Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   318   —

A zwracając się do swoich ludzi, rzekł w dalszym ciągu:
— Kto z synów walecznych Apaczów zechce się jeszcze zajmować tym tchórzem?
Nikt się nie odezwał.
— A więc nikt?
Znów to samo milczenie.
— Uff! Ten morderca nie godzien tego, żebyśmy go zabili. Nie pochowamy go też z Kleki-petrą. Jak mogłaby taka ropucha ukazać się obok takiego łabędzia w ostępach wieczności. Odetnijcie go!
Skinął na dwu młodych chłopców. Ci zerwali się, poskoczyli ku niemu, wyjęli mu noże z rąk i nóg i odcięli go od trumny.
— Zwiążcie mu ręce na plecach! — rozkazał wódz.
Chłopcy, najwyżej dziesięcioletni, wykonali ten rozkaz, a Rattler nie odważył się przytem ani na jeden ruch oporu. Co za hańba! Wstydziłem się niemal tego, że jestem białym.
— Zaprowadźcie go nad rzekę i wtrąćcie do wody!— brzmiało następne zarządzenie. — Jeśli dostanie się szczęśliwie na drugi brzeg, niech będzie wolny!
Rattler wydał okrzyk radości i pozwolił się chłopcom zanieść do rzeki. Zepchnęli go rzeczywiście do wody, gdyż nie miał nawet na tyle ambicyi, żeby sam wskoczył. Z początku się zanurzył, wnet jednak wychylił się z wody i starał się płynąć na grzbiecie. Nie było to bynajmniej trudnem, pomimo że miał ręce związane na plecach. Z powodu nie wielkiego gatunkowego ciężaru nie idzie człowiek na spód, on zaś miał w dodatku nogi swobodne i mógł się z ich pomocą posuwać naprzód, co mu się też w pewnej mierze udawało.
Czyż powinien był dostać się na drugi brzeg? Ja sam sobie tego nie życzyłem. On teraz na śmierć zasłużył. Wypuszczając go żywym na wolność, brałoby się na siebie winę zbrodni, któreby popełnił w przyszłości. Obaj chłopcy stali tuż nad wodą i patrzyli za nim. Po chwili wydał Inczu-czuna nowy rozkaz:
— Weźcie strzelby i wypalcie mu w łeb!