Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   302   —

czyciela Winnetou i dla tego nie umrze tylko wskutek kilku męczarni, lecz wojownicy spróbują na nim po kolei wszystkich mąk, jakie znamy.
— To być nie powinno; to nieludzkie!
— On na to zasłużył!
— Czy mogłabyś patrzeć na to?
— Tak.
— Ty, dziewczyna?
Długie jej rzęsy opadły na oczy. Spuściła na kilka chwil wzrok ku ziemi, potem podniosła go, spojrzała mi w twarz poważnie, prawie z wyrzutem i rzekła:
— Ty się temu dziwisz?
— Tak. Kobieta nie powinna znieść takiego widoku.
— Czy tak jest u was?
— Tak.
— Rzeczywiście?
— Tak.
— Mówisz nieprawdę, a kłamcą przecież nie jesteś, gdyż wypowiadasz ją nie naumyślnie, lecz nieświadomie. Ty się mylisz.
— Więc ty twierdzisz coś przeciwnego?
— Tak.
— W takim razie znasz chyba lepiej odemnie nasze kobiety i dziewczęta!
— A może ty ich nie znasz! Gdy wasi zbrodniarze stają przed sędzią, to drugim wolno tego słuchać. Tak?
— Tak jest.
— Opowiadano mi, że tam bywa więcej słuchaczek niźli słuchaczy. Czy tam jest miejsce dla skwaw? Czy to ładnie z jej strony, że ściąga ją tam ciekawość?
— Nie.
— A gdy u was tracą mordercę, gdy go wieszają, lub głowę mu ucinają, czy niema przytem białych niewiast?
— Tak bywało dawniej.
— A teraz im zakazano?
— Tak.
— A mężczyznom także?