Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   301   —

sunku do ciebie. Bardzo mu było przykro, że musiał cię uważać za wroga i to nie tylko za wroga...
Zatrzymała się w obawie, że powie coś, co mogłoby mnie obrazić.
— Mów dalej! — prosiłem.
— Nie.
— To ja skończę za ciebie. To, że widzieć musiał we mnie swego wroga, zapewne nie dolegało mu tak bardzo, gdyż nawet wróg zasługuje na szacunek, ale on sądził, że jestem kłamcą, fałszywym i podstępnym człowiekiem. Prawda?
— Słusznie się domyślasz.
— Jest nadzieja, że uzna swą pomyłkę w tym względzie. A teraz jeszcze jedno pytanie: Co słychać z Rattlerem, mordercą Kleki-petry?
— Przywiązują go właśnie do słupa męczeńskiego.
— Co? Teraz? Teraz właśnie?
— Tak.
— I o tem ja nic nie wiem? Czemu to zamilczano przedemną?
— Winnetou tak żądał.
— Tak? Dlaczego?
— Przypuszczał, że oczy twoje nie będą mogły na to patrzeć, a uszy tego wysłuchać.
— Co do tego nie pomylił się prawdopodobnie, a jednak może potrafiłbym na to patrzeć i słuchać tego, jeśliby uwzględniono moje życzenie.
— Jakie?
— Powiedz mi najpierw, gdzie się tortury odbędą!
— Tam na dole nad rzeką, gdzie ty się znajdowałeś poprzednio. Inczu-czuna odprowadził was, żebyście przy tem nie byli.
— Ale ja chcę być przy tem! Jakie przeznaczono dlań męki?
— Wszystkie, jakie zwyczajnie zadaje się jeńcom. To najgorsza blada twarz ze wszystkich, jakie kiedykolwiek wpadły w ręce Apaczom. Bez żadnego powodu zamordował Białego Ojca, którego czciliśmy wszyscy i kochali, nau-