Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   271   —

nie nie zmieni to jego losu. Wypowiedział on twierdzenie, ale go nie udowodnił.
— Czy nie obaliłem Rattlera, gdy strzelił do Winnetou, a trafił Kleki-petrę? Czy to także nie jest dowodem?
— Nie. Mogłeś to zrobić także z innej przyczyny. Czy masz nam jeszcze co powiedzieć?
— Teraz nie, może później.
— Powiedz teraz, gdyż później już nie zdołasz!
— Nie, teraz nie. Jeśli później to zechcę powiedzieć, to wysłuchacie, gdyż Old Shatterhand nie jest człowiekiem, którego możnaby nie słuchać. Teraz milczę, gdyż ciekaw jestem wyroku, jaki na nas wydacie.
Inczu-czuna odwrócił się odemnie i dał znak ręką. Na to wystąpiło z półkola kilku wojowników i zasiadło z trzema wodzami do narady. Tangua starał się oczywiście ze wszystkich sił o zaostrzenie wyroku. My tymczasem znaleźliśmy sposobność do wymiany zdań.
— Ciekaw jestem, czego oni tam nawarzą. — rzekł Dick Stone. — Nie będzie to nic mądrego.
— Jestem pewien, że damy głowę. — zauważył Will Parker.
— Ja także. — potwierdził Sam Hawkens. — Te draby w nic nie uwierzą, choćbyśmy nie wiem co przytaczali! Zresztą sprawiliście się nieźle, sir! Dziwiłem się Inczu-czunie.
— Czemu? — spytałem.
— Że wam pozwolił tak paplać. Mnie zaraz usta zatykał, skoro je tylko otworzyłem.
— Paplać? Czy to poważnie mówicie, Samie?
— Tak.
— Dziękuję za tę uprzejmość!
— Paplaniem nazywam każdą bezskuteczną mowę, jeśli się nie mylę. A skutku nie odnieśliście tak samo jak i ja.
— Ja sądzę inaczej.
— Ale bez powodu!
— Nawet wcale słusznie. Winnetou wspomniał był coś o pływaniu. To było postanowione, dlatego myślę, że