Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   264   —

tylko na moje pytania. Jeżeli zechcesz mówić więcej, każę cię oćwiczyć, że ci skóra popęka! A więc należycie do tych bladych twarzy? Odpowiedz krótko: tak, czy nie?
— Tak — rzekł Sam, bojąc się, żeby go nie obito.
— Old Shatterhand mierzył także?
— Tak.
— A wy trzej broniliście tych ludzi?
— Tak.
— Jesteście więc jeszcze gorsi od nich, gdyż obrońcy złodziei i zbójów zasługują na karę podwójną. Morderca Rattler był waszym towarzyszem?
— Tak, lecz zapewniam cię, że nie byliśmy...
— Milcz, psie! — huknął nań Inczu-czuna. — Masz mówić to tylko, o czem chcę wiedzieć i nic ponadto. Czy znasz prawa Zachodu?
— Tak.
— Jak się karze koniokrada?
— Śmiercią.
— Co więcej warte: koń, czy wielki kraj, należący do Apaczów?
Sam nie odezwał się na to, aby nie wydać na siebie wyroku śmierci.
— Mów, bo każę cię lassem do krwi oćwiczyć!
Na to mruknął odważny Sam:
— Bijcie! Sama Hawkensa nie zmusi nikt do gadania!
Na to ja zwróciłem się ku niemu twarzą i rzekłem:
— Mówcie, Samie, to dla nas lepsze!
— Well! — odpowiedział. — Zrobię to dla was, że będę gadał tam, gdzie powinienbym właściwie milczeć.
— A zatem, co więcej warte: koń, czy ten kraj?
— Kraj.
— A więc złodziej ziemi zasłużył jeszcze bardziej na śmierć niż koniokrad. W dodatku jesteście towarzyszami człowieka, który zamordował Kleki-petrę. To powiększa karę. Jako złodziei ziemi zastrzelonoby was bez mąk, ponieważ jednak jesteście mordercami, będziecie musieli przed śmiercią przebyć męczarnie na palu. Ale