Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   261   —

— Niechaj moi czerwoni bracia, siostry i dzieci, a zarazem wojownicy Keiowehów posłuchają tego, co im chcę oznajmić!
Zatrzymał się, a ujrzawszy, że uwaga wszystkich zwróciła się już na niego, mówił dalej:
— Blade twarze są wrogami czerwonych mężów. Rzadko trafi się taka, której oko przyjaźnie na nas spogląda. Najszlachetniejszy z tych niewielu białych przyszedł do plemienia Apaczów, aby dlań stać się przyjacielem i ojcem. Dla tego nazwaliśmy go Kleki-petrą, białym ojcem. Moi bracia i siostry znali go wszyscy i kochali. Niechaj mi to zaświadczą!
— Howgh! — zabrzmiało dokoła na potwierdzenie jego słów.
Wódz ciągnął dalej:
— Kleki-petra był naszym nauczycielem we wszystkich rzeczach, których nie znaliśmy, a które nam potem korzyść przyniosły. Mówił także o religii białych, o Wielkim Duchu, stworzycielu i żywicielu wszystkich ludzi. Ten Wielki Duch nakazał, żeby czerwoni i biali ludzie byli sobie braćmi i miłowali się wzajemnie. Ale czy biali spełnili jego wolę? Czy przynieśli nam miłość? Nie. Niechaj moi bracia i siostry o tem zaświadczą!
Donośne: howgh! – rozległo się wśród zgromadzonych.
— Przyszli raczej, aby zagrabić naszą własność, a nas samych wytępić. To im się udaje, ponieważ są silniejsi od nas. Na dawnych pastwiskach bawołów i mustangów pobudowali wielkie miasta, skąd wychodzi wszelkie zło, jakie nas dotyka. Gdzie niegdyś czerwony strzelec chodził przez puszczę, albo sawannę, tam pędzi teraz ognisty koń z wielu wozami i przywozi naszych wrogów. A gdy człowiek czerwony ucieka przed nim w ostępy, zostawione mu jeszcze, by tam w spokoju umrzeć z głodu, spotyka niebawem blade twarze, które idą za nim, aby dla ognistego konia budować nowe drogi na ziemi czerwonych mężów. Zetknęliśmy się z takimi białymi i w spokojnej rozmowie oświadczyliśmy im, że ten kraj jest naszą własnością, że więc nie do nich