Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   246   —

W tonie, którym to wypowiadała, nie było ani cienia litości. Czyżby ta piękna dziewczyna była tak nieczułą, że pełne mąk zamordowanie człowieka nie wzruszało jej wcale?
— Czy mógłbym z nimi pomówić?
— To zabronione.
— A zobaczyć ich choćby z daleka?
— I tego nie wolno.
— To przynajmniej posłać wiadomość?
— I to zakazane.
— Donieść im tylko, jak się czuję?
Namyślała się przez chwilę i odrzekła:
— Poproszę o to brata Winnetou, żeby się mogli dowiedzieć od czasu do czasu, jak ci się powodzi.
— Czy Winnetou przyjdzie tu kiedy do mnie?
— Nie.
— Ależ ja mam z nim pomówić!
— On z tobą nie.
— To jest konieczne.
— Dla niego?
— Dla mnie i dla moich towarzyszy.
— On nie przyjdzie. Możebym ja mu to powiedziała, jeśli możesz to mnie powierzyć?
— Nie; dziękuję ci! Mógłbym ci to powiedzieć, mógłbym ci wogóle wszystko, wszystko powierzyć, ale skoro brat jest za dumny na to, by ze mną mówić, to i ja mam moją dumę i nie będę z nim mówił przez posłów.
— Nie zobaczysz go, aż w dzień twojej śmierci. Teraz wyjdziemy. Gdybyś czego potrzebował, daj znak. My usłyszymy i natychmiast ktoś się zjawi.
Wydobyła z kieszeni i podała mi małą glinianą piszczałkę i odeszła ze starą.
Czyż położenie, w którem się znajdowałem, nie było wprost dziwacznem? Leżałem śmiertelnie chory, a pielęgnowano mię po to, abym miał siły do powolnego konania. Ten, który się mej śmierci domagał, kazał siostrze swej czuwać nademną i to nie starej, brzydkiej skwawie.
Zbytecznie wspominać, że rozmowa moja z Nszo-czi