Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   179   —

sztą konnica dostojniejsza od piechoty, jeśli się nie mylę.
Zajął miejsce blizko mnie, łypnął okiem do każdego z osobna i rzekł, kiwając znacząco głową:
— A zatem dzisiaj pójdziemy w taniec!
— Już dziś wieczorem? — zapytałem, zaskoczony niespodzianką i na poły uradowany, ponieważ życzyłem sobie rozstrzygnięcia. — To dobrze, to bardzo dobrze!
— Zawzięliście się widocznie na to, żeby się dostać w ręce Apaczów! Ale słusznie mówicie, że to dobrze. Ja także cieszę się, że dłużej czekać nie trzeba. To przykra rzecz czekać na coś, co się może skończyć inaczej, niż sobie człowiek zamyśla.
— Jak to inaczej? Czy jest jaka przyczyna do obaw?
— Bynajmniej. Teraz właśnie jestem pewien, że wszystko skończy się dobrze. Ale doświadczony człowiek wie zawsze, że i z najlepszego dziecka wyróść może opryszek. Tak samo bywa ze zdarzeniami. Najpiękniejsza nieraz sprawa schodzi wskutek przypadku z dobrej drogi.
— Ale tego chyba nie należy się tym razem obawiać?
— Nie. Według tego, co słyszałem, będzie wynik znakomity.
— Cóżeście słyszeli? Opowiedzcie, opowiedzcie!
— Tylko powoli, mój młody sir! Wszystko po porządku. Nie mogę jeszcze powiedzieć, co słyszałem, bo muszę wpierw wspomnieć, co przedtem się stało. Wyszedłem podczas ulewy, nie czekając jej końca, ponieważ deszcz nie przedostanie się przez tę bluzę, hi!hi!hi! Dotarłem prawie do miejsca, gdzie obozowaliśmy, kiedy obaj Apacze do nas przybyli, ale tam już ukryłem się, gdyż ujrzałem trzech czerwonoskórców, wietrzących dokoła. To wywiadowcy Apaczów, pomyślałem sobie, ale nie pójdą dalej, gdyż tu jest kres ich wędrówki. I tak też było. Przeszukali okolicę, ale nie znaleźli mych śladów, wreszcie usiedli pod drzewami, ponieważ poza