Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   177   —

— A więc nie traćmy czasu. Chodźcie, panowie, i zróbmy co jeszcze!
Poszli za mem wezwaniem, chociaż do pracy bynajmniej chęci nie okazywali. Jestem pewien, że byliby pouciekali wszyscy, ale wówczas nie skończyliby pracy i nie otrzymaliby za nią wedle kontraktu zapłaty, a tej nie chcieli utracić. A gdyby nawet umknęli, to Apacze dopędziliby ich niebawem. To też spostrzegłszy, że tutaj bezpieczeństwo ich było względnie największe, zostali na miejscu.
Co się mnie tyczy, to przyznaję otwarcie, że nie czekałem obojętnie na wypadki. Opanował mnie nastrój, podobny do gorączki, gdy z dział bić zaczną. Nie był to lęk, o nie, do tego bowiem miałem więcej powodów, gdy kładłem trupem bawoły, a potem niedźwiedzia. Dziś chodziło o ludzi i to niepokoiło mnie. Na moje życie mniej zważałem, gdyż potrafiłbym je jakoś obronić; ale Inczu-czuna i Winnetou! Tyle w ostatnich dniach o nim myślałem, że w duchu czułem się coraz bliższym jemu. Stał się dla mnie drogim, choć nieobecny i nie zaprzyjaźniony ze mną wcale. Był to osobliwy proces duchowy, chociaż nie psychologiczna zagadka. I rzecz, szczególna! Dowiedziałem się później od Winnetou, że podówczas myślał on o mnie tak często, jak ja o nim!
Wewnętrznego niepokoju mego i praca nie usunęła. Natomiast byłem pewien, że zniknie on w chwili stanowczej, dlatego pragnąłem, żeby nadeszła jak najrychlej, tembardziej, że ominąć jej nie było można. Życzenie to miało się spełnić, gdyż na krótko przed południem ujrzeliśmy Sama Hawkensa, wracającego ze zwiadów. Mały człowieczek był widocznie znużony, lecz jego drobne, chytre oczka wyzierały nadzwyczaj pogodnie z lasu zarostu.
— Czy wszystko się udało? — zapytałem. — Widzę to po was, zacny stary Samie.
— Tak? — zaśmiał się. — Gdzież to napisane? Na moim nosie, czy w waszem urojeniu?