Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   151   —

ilości dostarczyć. A wtedy biali opowiedzieli nam o trzodach Apaczów i przyrzekli za każdego ich konia tyle towarów i brandy, co za konia Keiowehów. Wobec tego udali się nasi wojownicy po konie do Apaczów.
A więc kto był winien śmierci już poległych i przyszłego rozlewu krwi? Biali handlarze koni, którzy chcieli płacić wódką i wysyłali wprost Keiowehów na kradzież koni! Byłbym sobie ulżył z ochotą, ale Sam skinął na mnie energicznie i zapytał:
— Czy mój brat Lis wyszedł na zwiady?
— Tak.
— Kiedy wasi wojownicy przybędą za wami?
— Może o jeden dzień później.
— Kto nimi dowodzi?
— Sam waleczny wódz Tangua.
— Ilu ma wojowników z sobą?
— Dwakroć po sto.
— I sądzicie, że zaskoczycie Apaczów?
— Spadniemy na nich, jak orzeł na wrony, które go nie spostrzegły.
— Mój brat się myli. Apacze wiedzą, że Keiowehowie mają na nich uderzyć.
Lis potrząsnął głową z niedowierzaniem i odrzekł:
— Skądżeby się o tem dowiedzieli? Czy uszy ich sięgają do namiotów Keiowehów?
— Tak.
— Nie rozumiem mego brata Sama. Niechaj mi powie, jak rozumie te słowa!
— Apacze mają uszy, umiejące chodzić i jeździć. Widzieliśmy wczoraj czworo takich uszu, które były koło namiotów Keiowehów, by podsłuchiwać.
— Uff! Czworo uszu? A więc dwaj na zwiadach?
— Tak.
— W takim razie wracam zaraz do wodza. Wyruszyło tylko dwustu wojowników, bo więcejby nam nie było potrzeba, gdyby Apacze nie spodziewali się niczego. Skoro zaś wiedzą, to trzeba o wiele więcej.