Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   150   —

— Te psy Apacze zabiły naszych czterech wojowników.
— Gdzie?
— Nad Rio Pecos.
— Wszak tam nie stoją wasze namioty.
— Ale Mescalerów.
— Czego tam chcieli wasi wojownicy?
Nie namyślając się ani chwilki, wypowiedział Keioweh smutną prawdę:
— Gromada naszych wojowników wyruszyła, aby nocą napaść na konie Apaczów. Te psy śmierdzące czuwały jednak dobrze. Zaczęli się bronić i zabili nam czterech dzielnych wojowników. Dla tego między nami a nimi wykopany topór wojenny.
Keiowehowie postanowili byli zatem pokraść konie, ale ich na tem schwytano i odpędzono. Że przytem kilku z nich życie postradało, temu sami byli winni. Mimoto mieli za to odpokutować Apacze, którzy bronili swojej własności. Najchętniej byłbym tym łotrzykom w oczy powiedział, co myślę i otworzyłem już nawet usta, lecz Sam dał mi ręką znak ostrzegawczy i pytał dalej:
— Czy Apacze wiedzą o tem, że wasi wojownicy przeciwko nim wyruszyli?
— Czy brat mój sądzi, że powiedzieliśmy im to? Napadniemy na nich znienacka, zabijemy, ilu zdołamy i zabierzemy potem wszystko, co nam się przyda z ich rzeczy.
To było straszne! Nie mogłem się dłużej powstrzymać od następującego pytania:
— Dla czego dzielni moi bracia chcieli zabrać konie Apaczom? Słyszałem, że bogaty szczep Keiowehów posiada daleko więcej koni, niż potrzebuje.
Lis spojrzał mi w twarz z uśmiechem i odrzekł:
— Mój młody brat Old Shatterhand przybył z za Wielkiej Wody i nie wie jeszcze, jak żyją i myślą ludzie po tej stronie. Tak, mamy dużo koni, ale przyszli biali mężowie i chcieli tyle zakupić, że nie mogliśmy im takiej